czwartek, 26 maja 2011

Lord of the Strings ;)

Poznaliśmy się kilka miesięcy temu.Przyznaję,że początki nie były łatwe.Pomimo tego,że oszołomiła mnie Jej uroda,chemii nie było.Idealne kształty przyprawiają o zawrót głowy,blisko ideału"90-60-90".Subtelna opalenizna dodaje pikanterii.Im lepiej się poznajemy,tym coraz częściej jest nam po drodze,chociaż jak powszechnie wiadomo w takich przypadkach,zdarzają się i "ciche dni".Pierwszy dotyk kojarzy mi się ze stresem i obawą że coś zrobię nie tak,dotknę tam gdzie nie powinienem.Zresztą Jej reakcje wskazywały na to, że tak właśnie jest,była niedostępna i opryskliwa.Moje palce nie tworzyły"kolektywu";) z Jej ciałem.Co stymulowało mnie jeszcze bardziej do nauki,chciałem poznać każdy zakątek,oswoić te które dawały największą przyjemność.Miałem wrażenie,że uczę się od zera.Jak przed pierwszym razem;)

Mijały dni i kolejne próby,aż w końcu coś zaczęło "brzmieć".Robiło się coraz przyjemniej i przyjemniej.Przyswajałem kolejne gorące miejsca,kolejność ich zdobywania ma ogromne znaczenie.Przy każdej zmianie tempa i kolejności dotyku,doznania są...kosmos! Nie twierdzę,że wszystko już wiem,bo do tego stanu jeszcze bardzo daleka droga.Jedno jest pewne-efekty i nieograniczona paleta możliwości nakręcają do zgłębiania tajników w tej dziedzinie.

Kilka dni temu odważyłem się na śmiały upominek-stringi(ang.strings-struny;)),który Jej przypadł do gustu.Z wielka przyjemnością pozwoliła je sobie założyć,a przyznam że to też wymaga wprawy.Teraz brzmi jeszcze piękniej,ale przyznam szczerze,że teraz mam ochotę na inną-cudzą-najlepiej akustyczną.Wirtuozem gitary-bo o niej mowa,(jeśli komuś coś innego przyszło do głowy...;))raczej nie zostanę,ale pies to trącał.Najważniejsza w tym przypadku jest nasza przyjemność ze wspólnego obcowania.

1 komentarz: